Andy

czyli zapiski schizofrenika…

Czasem mała rzecz a cieszy. Miło jest znaleźć w kosmetyczce podróżnej schowane (a o dziwo, zapomniane) na czarną godzinę 50 złotych. Kiedyś dawno temu w innej galaktyce (jeszcze przed denominacją) w starym płaszczu znalazłem 20 złotych (zapomniane poprzedniej jesieni). I też się cieszyłem jak głupi ;-)

M. Michalski, E. Bagieńska, E. Kobierska-Maciuszko: „Poczęty” w BUW. Wspomnienie o Bibliotece Uniwersyteckiej w Warszawie z lat 1977-1999.
J. Konikowski: Zagraj jak arcymistrz (albo jak toromistrz czy chlewmistrz – w moim przypadku…)
L. Child: Bez pudła
M. Conelly: W pogoni za centem
D. J. Snyder: Upadły anioł
W. Wasiljew: Siódma zasłona
W. Myśliwski: Widnokrąg (ładny wątek panien Ponckich, który jakoś zlekceważyłem prz pierwszym czytaniu)
A. Stasiuk: Zima
W. Górecki: Planeta Kaukaz
K. Rękawek: Człowiek z mała bombą. O terroryzmie i terrorystach (ciekawe i niesztampowe, popularno-naukowe w dobrym tego słowa znaczeniu, książka na te czasy)
J. Giżycki: Z szachami przez wieki i kraje (ciekawe, sporo historii, ale i ikonografii na wesoło, zajrzyjcie)
W. Myśliwski: Pałac (dziwna, wielowątkowa książka, trzeba będzie kiedyś ją powtórnie przeczytać, może wtedy coś skapuję z niej)
R. Praszyński: Córki Lota (bardzo dobra, Biblia i psychologia, po Widnokręgu najlepsza rzecz w tej porcji książek)
D. Bronstein, G. Smoljan: Priekrasnyj i jarostnyj mir. Subiektiwne zamietki o sowriemiennych szachmatach
Dzieje Inowrocławia. Pod red. M. Biskupa T. 2. Od 19191 do lat siedemdziesiątych (takie sobie, gorzej, że tomu 1 nie można dostać)
D. I. Bronstein: Mieżdunarodnyj turnir grossmiejstierow. Nojzagen – Curich 1953 (jest polski przekład, ale drogi i z błędami)
M. Kącki: Białystok. Biała siła, czarna pamięć (reportaże pełną gębą o narodowcach głównie)
R. Bubczyk: Gra na szachownicy w kulturze dworskiej i rycerskiej średniowiecznej Anglii na tle europejskim (no poważna praca naukowa, ciekawa, szachy psze państwa były często gęsto wtedy prawie jedyną okazją do randek – Tristan i Izolda zakochali się w sobie w czasie tej gry, no i ciekawe, że kościół ganiał trochę za szachy – bo odciągały od pobożnych rozmyślań, a trochę nie, bo księża niektórzy sami lubili pogiercować w nie, no i poza tym gra w szachy należała do rycerskiego nie bójmy się tego niesłusznie skompromitowanego słowa – etosu)
M. F. Rakowski: Dzienniki polityczne 1981-1983
B. S. Wajnsztejn: Improwizacja w szachmatnom isskustwie. O tworcziestwie grossmiejstiera Bronsztejna
V. Havel: Siła bezsilnych
Martyrologia policjantów województwa poznańskiego II RP. Pod red. Z. Smolarka i A. Borowskiego
H. Charierre: Papillon (co za wał pożyczył ode mnie film na podstawie tej książki i go nie oddał?) nie tylko fragment o jeździe na rowerze bardzo mniam!
A. Nimzowitsch: Szachmatnaja błokada. (Nowaja toczka zrienija w szachmatnom isskustwie).

PS. Dudi: 24 sztuki!

islandia

Tym razem kartka trochę po przejściach, ale nic to!

Więc proszę Państwa, gdzieś tam jest wejście do wnętrza Ziemi (jak w powieści Verne’go), gdzieś niedaleko Reykiavik (gdzie Spasski grał z Fischerem), gdzieś tam drzemie Ejafjotl (trochę inaczej się nazywa ale tak go pamiętam), no i gdzieś tam owce sobie biegają swobodnie (jak pamiętam z książki 81:0).  A ten szczyt na zdjęciu to Einhyrningur – ćwiczta, kursanty, islandzką wymowę! Co chyba znaczy Jednorożec…

Minął miesiąc od pogrzebu profesora Wiktora Osiatyńskiego. Dużo ludzi, różnych opcji, bo umiał ich przyciągać. Różne mniejszości, feministki, lewica, centrum, kilku księży (choć pogrzeb świecki), sporo ludzi z AA, paru dawno nie  widzianych znajomych (trochę ich niekiedy pozamieniał czas). Wbrew zwyczajowi rodzinnemu nieuczestniczenia w ostatnich pożegnaniach (jak powiedział) przybył na pogrzeb przyjaciela wiekowy już George Soros. Obok słów córki (świetna, ciepła dziewczyna) najbardziej podobały mi się słowa księdza Wojciecha Lemańskiego, który przypomniał prośbę Zmarłego o modlitwę i  ewangeliczne czytanie przypadające na dzień pogrzebu o tym, że Bóg przygotował „mieszkań wiele”. I że nie wiemy co to za mieszkania, i dla kogo. Niby znane słowa, ale w takim miejscu i czasie odebrałem je na nowo. Potem w rozchodzącym się tłumie podszedłem do ks. Lemańskiego i pochwaliłem  jego „kazanie”. Dało się wyczuć, że to kapłan, który budzi zaufanie. Kościół nie umiał z nim obejść się po ludzku…

Profesor Osiatyński przewijał się w moim życiu pozornie gdzieś kawał w bok od szosy głównej. Pozornie, bo sporo mu zawdzięczam. Dobrze ponad dwadzieścia lat temu chodziłem na nieformalny kurs praw człowieka prowadzony przez niego i prof. Falandysza, wtedy gdy wszyscy byli żądni wiedzy o prawach człowieka, ale nic o niech nie wiedzieliśmy. I po latach przypominam sobie temat końcowego eseju o tym czy są one do szczęścia konieczne potrzebne. Napisałem wtedy, zdaje się że nie, a okazało się (i okazuje się stale) po latach, że nie miałem racji…

Jakaś impreza u kogoś w domu, chyba imieniny, gospodyni świetnie kucharzy, wjeżdża tort jej roboty. I słyszę ciche pytanie profesora do gospodyni czy tort był skropiony spirytusem. Okazało się, że tak (stara szkoła), gospodyni zaczyna się krygować, a ja w jednej chwili nauczyłem się wtedy więcej o alkoholizmie niż z tych paru książek czy wysłuchanych gdzieś w przykościelnych salkach piciorysów niepijących alkoholików. Był, jak to się modnie mówi „twarzą” tego ruchu, ale nie robił z siebie cierpiętnika. Niektórzy mieli po cichu mu za złe, że po co to, czemu o tym mówi, a nawet z tym się obnosi (złośliwi mówili nawet, że to dla kariery). Później na jego książkę Rehab (i potem następne Litacja i Rehabilitacja), spojrzałem inaczej, i od czasu do czasu do nich zaglądam. Tak, jak zaglądam do jego nieśmiertelnego tekstu o amerykańskiej i francuskiej koncepcji praw człowieka (tzw. życie sprawiło, że okazał się wciąż aktualny).

Był uważny, szanował ludzi, miał poczucie humoru, ale potrafił być bardzo zasadniczy (ściszał wtedy głos).

No i wreszcie dzięki profesorowi zarobiłem kiedyś parę złotych, wtedy gdy byłem pod kreską.

Żeby nie było aż tak poważnie, nad grobem Profesora razem z ludźmi z AA, którzy tak jak na mityngu, utworzyli krąg ująwszy się za ręce, odmówiłem znaną modlitwę:

Boże, użycz mi pogody ducha,
Abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić,
Odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić,
I mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.

Co zostaje po profesorze? Jedna z możliwych odpowiedzi: książki :-)

gdyby od dnia
kiedy pierwszy raz położyłam się przy tobie nie upłynęły lata
nie do zniesienia byłby ciężar powietrza z tamtego pokoju
pełnego wyznań książek i włosów innych kobiet
jacy my będziemy szczęśliwi kołysałeś mnie
lecz sen nigdy nie przyszedł miłość oglądałam na filmach
czasem wpatrywałam się
w fotografie umarłych kochanek które wieszałeś na ścianie
zdjęcia podpisane imieniem i nazwiskiem niby zmysłowe skalpy
albo naga skradałam się do twojego fotela i wsuwałam się w jego objęcia
w półjawie ważyły się moje losy
w końcu zbierałam z podłogi ubrania i powoli wciągałam rajstopy
stanik chowałam do torebki i wymykałam się na palcach

Anna Augustyniak

Przy ulubionym sklepie ze śrubkami odpalałem rower gdy właśnie zatoczył się do mnie. Cechy podstawowe: chudość, wysokość, wytarty sweterek w serek na gołe ciało, nadmierna gestykulacja wyciągniętą gestem Mojżesza prawą ręką, wytatuowaną dawno temu (i nie w studiu tatuażu), chuch taki, że bałem się potem wsiadać na rower (wyczułem wódę, ale to dawno, wczoraj natomiast było pite tanie „wino”), no i czerwona twarz (morda jednak nie) o dziwo spalona słońcem, z odchodzącymi płatami naskórka (zasnęło się baaardzo zmęczonym na słońcu, pomyślałem), no i braki w uzębieniu (lewa górna trójka i dwójka musiała się kiedyś spotkać z praworęczną pięścią). To wszystko przeleciało mi dość szybko między uszami a pan wyłuszczył mi, że właśnie kumpel oprowadza go po Warszawie, bo on wyszedł po 13 latach, tu wymienił mi kilka nazw miejscowości znanych z tego, że, jak to śpiewał Riedel tam „przebywają”, te Sztumy i Wołowy (oczywiście musiałem odruchowo poprawić wymienioną przez niego Bydgoszcz na Potulice, niepotrzebnie, pan przytaknął, ale spojrzał już na mnie uważniej, a ja starałem się nie mieć aż tak prokuratorskiego-milicyjnego wyrazu twarzy, jednocześnie starałem się stłumić w sobie myślenie o poważnych artykułach kodeksu karnego z jakich taka odsiadka, pewnie „dziesiona”, nie, no może kilka niepołączonych wyroków). No i od paru dni piją i ćpają z kumplami (choć kumpel stał cierpliwie z boku i widzę, że trzeźwy jak marzenie). I znów niepotrzebnie przerwałem przechodząc do rzeczy: „To na piwo zbieracie?”. No i znów pudło, żadne tam piwo, pan chciał mnie objaśnić problemy życiowo-turystyczne, że Warszawa bardzo się zmieniła i tu nawiązał nieświadomie do niedawnego Noblisty , że czasy też się zmieniają. Facet ze swoim wyglądem świecił na ulicy jak dzik na strzelnicy i każdemu świeżemu posterunkowemu nawet z krótkowidztwem wpadłby w oko, więc pogadaliśmy o tym, żeby uważał na gliny (gliny w tym czasie miały pewnie odprawy, bo było dość wcześnie). No i wobec wzniosłej myśli, że życie jest ciężkie, znowu nie zachowałem się, bo zapytałem czy pan szuka jakiejś roboty. I tu dochodzimy do trwającego ułamek sekundy olśniewającego uśmiechu i spojrzenia jak na kosmitę, zawierającego chytrość, pogardę, zdziwienie, zaskoczenie i jeszcze coś nienazwanego (co kazało napisać mi tę notkę). I natychmiast nastąpiła zmiana fizys pana (pojął, że ten frajer pyta serio), nie no, na razie to jeszcze nie, ale na pewno zacznie szukać. No i jednakowoż może jednak, po namyśle, wsparłbym go. No dobra, rozumiem, że pan potrzeboski jest. „Niech się nachleje”. Uścisnęliśmy sobie prawice i pan pożeglował dalej Pańską (potem przypomniało mi się, że jest tam niedaleko spożywczak z piwem). Do portu było więc niedaleko…

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 Andy Design by SRS Solutions

  • RSS