Andy

czyli zapiski schizofrenika…

Minął miesiąc od pogrzebu profesora Wiktora Osiatyńskiego. Dużo ludzi, różnych opcji, bo umiał ich przyciągać. Różne mniejszości, feministki, lewica, centrum, kilku księży (choć pogrzeb świecki), sporo ludzi z AA, paru dawno nie  widzianych znajomych (trochę ich niekiedy pozamieniał czas). Wbrew zwyczajowi rodzinnemu nieuczestniczenia w ostatnich pożegnaniach (jak powiedział) przybył na pogrzeb przyjaciela wiekowy już George Soros. Obok słów córki (świetna, ciepła dziewczyna) najbardziej podobały mi się słowa księdza Wojciecha Lemańskiego, który przypomniał prośbę Zmarłego o modlitwę i  ewangeliczne czytanie przypadające na dzień pogrzebu o tym, że Bóg przygotował „mieszkań wiele”. I że nie wiemy co to za mieszkania, i dla kogo. Niby znane słowa, ale w takim miejscu i czasie odebrałem je na nowo. Potem w rozchodzącym się tłumie podszedłem do ks. Lemańskiego i pochwaliłem  jego „kazanie”. Dało się wyczuć, że to kapłan, który budzi zaufanie. Kościół nie umiał z nim obejść się po ludzku…

Profesor Osiatyński przewijał się w moim życiu pozornie gdzieś kawał w bok od szosy głównej. Pozornie, bo sporo mu zawdzięczam. Dobrze ponad dwadzieścia lat temu chodziłem na nieformalny kurs praw człowieka prowadzony przez niego i prof. Falandysza, wtedy gdy wszyscy byli żądni wiedzy o prawach człowieka, ale nic o niech nie wiedzieliśmy. I po latach przypominam sobie temat końcowego eseju o tym czy są one do szczęścia konieczne potrzebne. Napisałem wtedy, zdaje się że nie, a okazało się (i okazuje się stale) po latach, że nie miałem racji…

Jakaś impreza u kogoś w domu, chyba imieniny, gospodyni świetnie kucharzy, wjeżdża tort jej roboty. I słyszę ciche pytanie profesora do gospodyni czy tort był skropiony spirytusem. Okazało się, że tak (stara szkoła), gospodyni zaczyna się krygować, a ja w jednej chwili nauczyłem się wtedy więcej o alkoholizmie niż z tych paru książek czy wysłuchanych gdzieś w przykościelnych salkach piciorysów niepijących alkoholików. Był, jak to się modnie mówi „twarzą” tego ruchu, ale nie robił z siebie cierpiętnika. Niektórzy mieli po cichu mu za złe, że po co to, czemu o tym mówi, a nawet z tym się obnosi (złośliwi mówili nawet, że to dla kariery). Później na jego książkę Rehab (i potem następne Litacja i Rehabilitacja), spojrzałem inaczej, i od czasu do czasu do nich zaglądam. Tak, jak zaglądam do jego nieśmiertelnego tekstu o amerykańskiej i francuskiej koncepcji praw człowieka (tzw. życie sprawiło, że okazał się wciąż aktualny).

Był uważny, szanował ludzi, miał poczucie humoru, ale potrafił być bardzo zasadniczy (ściszał wtedy głos).

No i wreszcie dzięki profesorowi zarobiłem kiedyś parę złotych, wtedy gdy byłem pod kreską.

Żeby nie było aż tak poważnie, nad grobem Profesora razem z ludźmi z AA, którzy tak jak na mityngu, utworzyli krąg ująwszy się za ręce, odmówiłem znaną modlitwę:

Boże, użycz mi pogody ducha,
Abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić,
Odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić,
I mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.

Co zostaje po profesorze? Jedna z możliwych odpowiedzi: książki :-)

gdyby od dnia
kiedy pierwszy raz położyłam się przy tobie nie upłynęły lata
nie do zniesienia byłby ciężar powietrza z tamtego pokoju
pełnego wyznań książek i włosów innych kobiet
jacy my będziemy szczęśliwi kołysałeś mnie
lecz sen nigdy nie przyszedł miłość oglądałam na filmach
czasem wpatrywałam się
w fotografie umarłych kochanek które wieszałeś na ścianie
zdjęcia podpisane imieniem i nazwiskiem niby zmysłowe skalpy
albo naga skradałam się do twojego fotela i wsuwałam się w jego objęcia
w półjawie ważyły się moje losy
w końcu zbierałam z podłogi ubrania i powoli wciągałam rajstopy
stanik chowałam do torebki i wymykałam się na palcach

Anna Augustyniak

Przy ulubionym sklepie ze śrubkami odpalałem rower gdy właśnie zatoczył się do mnie. Cechy podstawowe: chudość, wysokość, wytarty sweterek w serek na gołe ciało, nadmierna gestykulacja wyciągniętą gestem Mojżesza prawą ręką, wytatuowaną dawno temu (i nie w studiu tatuażu), chuch taki, że bałem się potem wsiadać na rower (wyczułem wódę, ale to dawno, wczoraj natomiast było pite tanie „wino”), no i czerwona twarz (morda jednak nie) o dziwo spalona słońcem, z odchodzącymi płatami naskórka (zasnęło się baaardzo zmęczonym na słońcu, pomyślałem), no i braki w uzębieniu (lewa górna trójka i dwójka musiała się kiedyś spotkać z praworęczną pięścią). To wszystko przeleciało mi dość szybko między uszami a pan wyłuszczył mi, że właśnie kumpel oprowadza go po Warszawie, bo on wyszedł po 13 latach, tu wymienił mi kilka nazw miejscowości znanych z tego, że, jak to śpiewał Riedel tam „przebywają”, te Sztumy i Wołowy (oczywiście musiałem odruchowo poprawić wymienioną przez niego Bydgoszcz na Potulice, niepotrzebnie, pan przytaknął, ale spojrzał już na mnie uważniej, a ja starałem się nie mieć aż tak prokuratorskiego-milicyjnego wyrazu twarzy, jednocześnie starałem się stłumić w sobie myślenie o poważnych artykułach kodeksu karnego z jakich taka odsiadka, pewnie „dziesiona”, nie, no może kilka niepołączonych wyroków). No i od paru dni piją i ćpają z kumplami (choć kumpel stał cierpliwie z boku i widzę, że trzeźwy jak marzenie). I znów niepotrzebnie przerwałem przechodząc do rzeczy: „To na piwo zbieracie?”. No i znów pudło, żadne tam piwo, pan chciał mnie objaśnić problemy życiowo-turystyczne, że Warszawa bardzo się zmieniła i tu nawiązał nieświadomie do niedawnego Noblisty , że czasy też się zmieniają. Facet ze swoim wyglądem świecił na ulicy jak dzik na strzelnicy i każdemu świeżemu posterunkowemu nawet z krótkowidztwem wpadłby w oko, więc pogadaliśmy o tym, żeby uważał na gliny (gliny w tym czasie miały pewnie odprawy, bo było dość wcześnie). No i wobec wzniosłej myśli, że życie jest ciężkie, znowu nie zachowałem się, bo zapytałem czy pan szuka jakiejś roboty. I tu dochodzimy do trwającego ułamek sekundy olśniewającego uśmiechu i spojrzenia jak na kosmitę, zawierającego chytrość, pogardę, zdziwienie, zaskoczenie i jeszcze coś nienazwanego (co kazało napisać mi tę notkę). I natychmiast nastąpiła zmiana fizys pana (pojął, że ten frajer pyta serio), nie no, na razie to jeszcze nie, ale na pewno zacznie szukać. No i jednakowoż może jednak, po namyśle, wsparłbym go. No dobra, rozumiem, że pan potrzeboski jest. „Niech się nachleje”. Uścisnęliśmy sobie prawice i pan pożeglował dalej Pańską (potem przypomniało mi się, że jest tam niedaleko spożywczak z piwem). Do portu było więc niedaleko…

Turniej szachowy

2 komentarzy

Niechcący zupełnie zaliczyłem swój pierwszy durniej szachowy i to od razu jako sędzia. Otóż wparowałem znienacka do siostrzeńca z rozstawioną szachownicą (chciałoby się rzec, że pod pachę, ale takiej dużej owej nie mam), a tu przyszło do niego paru kumpli. A co to, szachy, jak się w toto gra (na szczęście niektórzy uczestnicy kiedyś odrobinkę liznęli trochę ruchów figur), no to jedziemy! Jak się ma 10 lat to niewiele potrzeba. Ale roboty sporo – turniej był trzyosobowy, systemem każdy z każdym (i każdy zadowolony, bo każdy raz wygrał), ale roboty sporo bo trza pilnować zasad (i nie pozwalać skakać gońcem jak konikiem szachowym), tłumaczyć różnice między matem a patem (trudne dla początkującego), pilnować kneblowania trzeciego niegrającego zawodnika, który wyrywa się do podpowiadania ruchu „ja wiem, ja wiem” (chłopie, nie wolno podpowiadać, to śmierć w starych dekoracjach, oczywiście jak sam grał to zapadł na typową szachową ślepotę, na szczęście była obustronna i hetman ocalał, potem pokazałem im, że przegapili to i owo), odganiać psa który chciał się poprzytulać (i wywalić ze względu na jego rozmiary szachownicę), powtarzać po raz n-ty zasady ruchu skoczkiem i takie tam. Emocji grających sporo, wiadomo, każdy chce wygrać. No i oczywiście jak to w życiu, czwarty z obecnych w ogóle się nie zainteresował, nos cały czas w telefonie (no, może trochę spłoszył się obcego faceta). Ale i maleńki sukces, bo jak odjeżdżałem siostrzeniec wyraził lekkie tym rozczarowanie, „bo się chłopaki pytali kiedy wujek odjeżdżasz, bo chcieli jeszcze w szachy zagrać”. No skoro młodzież się garnie to nie będę przepędzał i kiedyś znowu zagramy… Może nawet symultanę…

K. Kurczab-Redlich: Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina (dobre i mocne)
A. Piłsudska: Wspomnienia
J. Musioł: Świadkowie (o procesie zbrodniarzy hitlerowskich z obozu na Majdanku)
G. Motyka: Wołyń 43’ Ludobójcza czystka – fakty, analogie, polityka historyczna
H. Sekuła: Figurka z drzewa tekowego
M. Euwe: Ocena pozycji i planowanie (poradnik seksuologiczny)
S. G. Tartakower: Sovremennaja szachmatnaja partja. (Czast 1) (szkoda, że tylko pierwsza część, bo facet był genialny, cała książka kosztuje 150 zł :(
J. Tischner: Krótka historia filozofii po góralsku
E. Barbur: Grupy na wolnym powietrzu
T. Parnicki: Aecjusz ostatni Rzymianin
R. Tokarczyk: Antologia anegdoty akademickiej
J. Wołoszynowski: Opowiadania podolskie
W. Korcznoj: Szachmaty biez poszczady. Memuary szachmatista. Sekretnyje matieriały Politbiuro, KGB, Sportkomitieta (nawet jeśli połowa tylko jest prawdą to znaczy – gdyby ktoś wątpił -  że szachy w ZSRR były bezwzględnie wykorzystywane do walki ideologicznej)
L. Bloch: Krocząc wśród cieni
M. Wańkowicz: Szczenięce lata (stale mnie zachwyca)
Ł. Herman: Szachy: sport, psychologia, filozofia
L. Frederic: Życie codzienne w Japonii w epoce samurajów (1185-1603)
S. Grzesiuk: Boso, ale w ostrogach (co za łobuz i rozrabiaka, czyżby gdyby nie wojna to by poszedł jechać siedzieć?)
D. Bronstein: 200 otkrytych partij (dobre, bo nieprzegadane, bez kilometrowych wariantów i z humorem)
W. Myśliwski: Traktat o łuskaniu fasoli.

Kartka z podróży VII

Brak komentarzy

Tromso

Zorza polarna w Tromso (bardzo północna Norwegia, za kołem polarnym, sprawdźcie sobie to na mapie, najlepiej w starym papierowym atlasie, robi wrażenie. Jest bliżej północy niż słynny Murmańsk, brr, zimnooo). Gdzieś wpadło mi w oko, że w norweskim końcówka -so oznacza wyspę, miasto faktycznie trochę na wyspach…

Kartka niestety elektroniczna, bo podróż tam zabiera tyle czasu, że nie ma go na szukanie perwersji papierowych dla mnie (prawda!).

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 Andy Design by SRS Solutions

  • RSS